Takim właśnie mottem wita mnie Wietnam. Kraj, w którym na drodze wszyscy mają pierwszeństwo, skutery posiada każda rodzina w ilości co najmniej jednego, a przy okazji można spotkać tygrysa, węża albo żółwia. Ot takie szaleństwa. Ale po kolei.
Mapa życia…
Wybrałem Wietnam jako kolejny punkt mojej podróży. Dlaczego? Pewnie dlatego, żeby odhaczyć na swojej mapie życia to miejsce. Poznać nową historię i kulturę kolejnego kraju.
Sajgon jak się patrzy…
Ho Chi Minh największe miasto tego kraju zwane dawniej Sajgonem przywitało mnie ogromnym chaosem. Serio. Już wiem skąd wzięło się jakże popularne u nas powiedzenie, w momencie totalnego rozgardiaszu „ale tu sajgon”. Po prostu totalna dezorganizacja tłok i ludzie poruszający się we wszystkich kierunkach. Szczerze? Nie wiem jak oni ogarniają to wszystko co się tam dzieje, ale o dziwo jakoś sobie radzą. Mimo całego popłochu, Wietnamczycy to całkiem mili ludzie. Odwiedzając mniejsze okoliczne miejscowości można zostać zaproszonym na posiłek, a tamtejsza młodzież chętnie podejmuje dialog, używając podstawowego słownictwa angielskiego.
Delta Mekongu
Po zakwaterowaniu w hotelu przyszedł czas na odpoczynek. Swój pobyt w Wietnamie rozpocząłem od zwiedzania, a konkretniej od Delty Mekongu. W Wietnamie Południowym jest ona bardzo popularnym kierunkiem wycieczek. Delta Mekongu nie powala widokiem, tym bardziej, ze woda tam płynąca ma kolor brązowy. Podejrzewam, że wynika to z kwestii wydobywania żwiru i piasku niż bardziej z nieczystości. Atrakcje znajdowały się na poszczególnych wysepkach, na których można było skosztować lokalnych herbat, alkoholi, whiskey z ryżu, a nawet samemu przygotować specjał w formie słodkiego ziemniaka zawiniętego w papier ryżowy i usmażyć go w oleju
Cukierek ryżowy
Miałem również okazję spróbować kilku cukierków, które zawinięte były w papier ryżowy, dzięki czemu były one od razu gotowe do spożycia. Papier ryżowy ma więc wiele zastosowań, dzięki temu interesującym było zapoznanie się z metodą jego wytwarzania. Wycieczka trwała do późnych godzin wieczornych. Mieliśmy okazję zobaczyć przedstawienie, które nakreślało kulturę tamtejszych rodzin. Otóż ukazany został sposób podawania śniadania przez żony mężom, którzy co rano wyruszali do ciężkich prac na polach przy zbieraniu płodów ziemi. Jak się okazuje, ma ono bardzo uroczysty charakter, a wszystko po to, aby małżonek był w pełni sił wychodząc do pracy.
Pływające markety?
Zaskoczył mnie fakt, że tamtejsze łodzie, są pływającymi marketami, w których można nabyć przeróżne rzeczy. Począwszy od alkoholi skończywszy na ubraniach czy pamiątkach. Czy ogólnie polecam tego rodzaju wycieczkę? Na pewno warto się tam wybrać, aby choć trochę poznać kulturę i zwyczaje Wietnamczyków. Samo miejsce nie robi spektakularnego wrażenia, ale wrażenie robią ludzi, ich sposób bycia. Tego na pewno nie da się podrobić.
Da Nang – ładnie brzmi, jeszcze lepiej wygląda
Następnego dnia wybraliśmy się do miasta Da Nang, które miało naprawdę wiele do zaoferowania. Szczególnie wyjątkowym miejscem okazało się Ba Na Hills. Tworzy je górski kompleks z zamkiem na czele, który nadaje świetny klimat całemu otoczeniu. Architektura tego miejsca zachwyca. Na sam szczyt wjeżdża się kolejką linową. Francuskie miasteczko, w którym znajduje się mnóstwo kawiarnek, restauracji i różnych atrakcji. Sun World pozwala przenieść się w inny wymiar, wszystko co widziałem wprawia w zachwyt. No i oczywiście…
Golden Bridge
Golden Bridge! Gorąco polecam, warto zobaczyć ten cud, pomimo, że jest to całkiem nowa atrakcja tej okolicy, bowiem został on oddany do użytku w czerwcu 2018 r. W Da Nang spędziłem 2 dni. I uwierzcie jest tam co robić przez cały ten czas. W Sajgonie byłem łącznie 4 dni. Nie był to jednak dla mnie koniec atrakcji. Na horyzoncie był bowiem Bangkok i event Excelz. Oczywiście event jak zawsze pełen emocji i atrakcji. Poznałem wspaniałych ludzi, którzy podobnie jak ja pracują w tym niesamowitym,kryptowalutowym projekcie. Ale wracając do samego Bangkoku, muszę przyznać, że to mój drugi pobyt w nim, ale udało mi się go odkryć na nowo.
Wat Pho, Phra Keaw i leżący Budda
Odwiedziłem kilka świątyń, w tym najpopularniejsze Wat Pho i Wat Phra Kaew. Wat Pho jest zwana świątynią leżącego Buddy i rzeczywiście zajmuje on naprawdę sporo miejsca w tej leżącej pozycji. Pochodzi z XVI wieku, więc nie należy do najmłodszych. Świątynia ma powierzchnię 80 000 m2, więc żeby ją zwiedzić trzeba uzbroić się w nielada energię. Najważniejszym punktem Wat Pho jest kaplica medytującego buddy, w której mnisi oddają pokłony przed posągiem buddy. Jako ciekawostkę dodam, że do Buddy nie należy nigdy obracać się plecami, ani siadać z wyciągniętymi stopami, bowiem jest to uważane za obrazę. Kolejna świątynia zwana także Świątynią Szamragdowego Buddy. Mieści ona wiele posągów Buddy ze złota, srebra i kamienia, nad wszystkim góruje szmaragdowy Budda oraz naturalnej wielkości Budda z lanego złota. Tym złotym akcentem podsumowałem całą moją podróż, która trwała miesiąca. Bagaż wspomnień biorę ze sobą i robię miejsce na kolejne. Zapraszam Cię na kolejną wyprawę!
A Ty kiedy jedziesz ze mną?

























